Czyli, gdyby nie wspólny kot, dawno by się rozstali
RSS
wtorek, 01 maja 2012

Zaczęło się w kwiaciarni na rynku, w której poprosił najradośniejszy bukiet kwiatów jaki kwiaciarka (och, przepraszam bardzo, florystka) potrafiła stworzyć. Młoda dziewczyna nie zdawała sobie sprawy, że ma przed sobą artystę, który miał własne wyobrażenie Bukietu na Tę Wyjątkową Okazję i najwyraźniej oczekiwał, że efekt pracy jej rąk od tejże wizji będzie się różnił co najwyżej w trzech procentach. Po kilku minutach rozczarowany brakiem umiejętności odgadywania życzeń klientów Jakub zaczął udzielać słownych wskazówek, by po chwili, odrobinę oburzony, sam układać kwiatową kompozycję ku irytacji pracownicy, z której to sobie nie zdawał sprawy. Artysta w szale tworzenia świata nie zauważa.
A wszystko dla Niej. Dla tej, która pół godziny później niespokojnym, wibrującym głosem, kręcąc gwałtownie rudą czupryną, tłumaczyła mu głośno i chaotycznie, że poznała na obozie malarskim chłopaka, który całkowicie zawładnął jej sercem i myślami, który nie tylko pociąga ją jako mężczyzna, ale także twórca nowatorskich grafik, które doczekały się już wystawy (i to w Krakowie, mieście, w którym artystą jest statystycznie co drugi mieszkaniec, więc wybicie się musi oznaczać istny geniusz), a on, Jakub, musi to zrozumieć z punktu widzenia mężczyzny, człowieka, ale i artysty obdarzonego "wcale nie taką małą" wrażliwością i talentem. 
Nie rozumiał, ale prosić i robić wyrzutów nie zamierzał (być może, aby w jej oczach "wcale nie tak mała wrażliwość" nie zmieniła się "w szczątkową" lub "całkowitą ignorancję i nieczułość"). Już lepiej dostać kosza, niż narazić na szwank swoją reputację artysty. Rozczarowany zadzwonił do najlepszego kumpla ze studiów i po niespełna godzinie siedzieli nad wysokimi szklankami z zimnym alkoholem w jednym z licznych piwnych ogródków na Starówce, a ulokowane na trzecim krzesełku kwiaty milcząco przypominały mu o porażce, którą niedawno przeżył. Barwna Kalina ich nie chciała, a on nie miał serca wyrzucić, w końcu odzwierciedlały jego jakże genialną wizję bukietu idealnego, który sam w sobie był wyznaniem pięknego uczucia rodzącego się w młodym sercu chłopaka. 
Wypili piwo, potem drugie, a także trzecie, po czym postanowili przenieść się na stancję Karola, na której do picia mieliby jeszcze dwóch towarzyszy zaprawionych w bojach - studentów drugiego roku mechaniki na Politechnice, na której jak wiadomo głównymi zajęciami było picie, bo kto oprócz przyszłych inżynierów uwierzyłby, że poza zdobywaniu doświadczenia w zakresie alkoholizacji, mieli również o wiele bardziej czaso- i pracochłonne projekty, które zjadały im większą część życia, niż wszystkie imprezy i przeżywane dość regularne kace? Zapłacili, dali nawet napiwek wysokiej, blondwłosej kelnerce, która uwijała się we wrześniowym upale wśród napływających na poprawki studentów, po czym Kuba spojrzał na kwiaty, bezradnie szukając rozwiązania, co z nimi począć, w spojrzeniu kumpla. 
- Skoro nie chcesz wywalić, to daj najładniejszej napotkanej dziewczynie. - Rozejrzał się uważnie po siedzących przy stolikach osobach, by zatrzymać wzrok przy dwóch dziewczynach przy tym w najdalszym rogu. - Tam siedzi taka mała, ruda w twoim typie. 
- Jedna mała, ruda już dziś ich nie chciała - powiedział gorzko, kierując jednak kroki we wskazanym kierunku, a później ku własnemu zdziwieniu, zaskoczeniu kumpla, a największym zdumieniu wysokiej, szczupłej szatynki, towarzyszki "małej, rudej" wręczył jej kwiaty ze wzrokiem utkwionym w czubki własnych butów, bąkając pod nosem, żeby ich nie wyrzucała, a opiekowała się czule. Po czym odszedł, odprowadzony niebieskim spojrzeniem obsypanej kwieciem Marty.

Po dwóch tygodniach o Kalinie nie pamiętał, gdyż w jego życiu pojawiła się Jolka, która po trzech randkach zaczęła go już męczyć. Próbując znaleźć subtelny i bezbolesny (dla niego, bo spodziewał się, że Jolanta może dać mu popalić przy jakiejkolwiek oznace niesposłuszeństwa - gdzie podział się jego rozum, gdy postanowił podrywać tę drobniutką studentkę bezpieczeństwa wewnętrznego? Biorąc pod uwagę jej bujny biust doskonale wiedział czym myślał, ale przyznać się do tego nawet przed samym sobą nie zamierzał) sposób na skończenie tej krótkiej znajomości, zamiast podjąć męską decyzję, unikał jej jak tylko mógł, więc w tamto deszczowe popołudnie zaszył się w Empiku (jego przyszła niedoszła była święcie przekonana, że nie poszedł z nią w tym czasie na obiad, gdyż był u stomatologa), znalazł pufę na samym końcu księgarni i zaczytał się w nowej książce Pratchetta, nie zwracając uwagi na to, co się dzieje dookoła. 
A szkoda, bo rozgrywały się jednocześnie dwie ciekawe scenki.
Pierwsza zaczęła się dobre dwadzieścia minut wcześniej, gdy Martę, stojącą przy regale z literaturą polską, dość boleśnie między żebra szturchnęła "mała, ruda" Ola, która z przejęciem wskazała ciemnowłosego chłopaka czytającego książkę.
- To on! - szepnęła ze zgrozą.
- Jaki on? - Znad książki Szwaji wymamrotała Marta, nie przejmując się ekscytacją przyjaciółki. Ona ciągle się kimś lub czymś podniecała, zdążyła więc przywyknąć do tonu oznaczającego nieuchronnie następujące najważniejsze wydarzenie ich życia, który słyszała ze trzy razy dziennie.
- Ten-od-kwia-tów - wycedziła na wdechu.
- Ach! On! - Tu ciekawość w dziewczynie została wzbudzona, ale nie wystarczająco, aby miała paść na zawał serca, co wyraźnie groziło Olce, która tak świdrowała gagatka wzrokiem, że dziwne, że jeszcze się nie zadławił własną śliną.
- No idź! - wykrzyknęła szeptem.
- Dokąd? - spytała w zdumieniu dziewczyna, zamykając trzymaną książkę. - Mam uciekać? - dodała pogodnie.
Rudzielec chlasnął się dłonia w czoło, co też miało wydźwięk "jesteś idiotką", ale łaskawie i, niestety, dość głośno, kazała jej go zagadać. Stojący nieopodal okularnik spojrzał na nie z zaciekawieniem. Marta odciągnęła za rękaw sweterka koleżankę trochę dalej, wydała opinię odnośnie jej problemów psychicznych i zbyt bujnej wyobraźni, po czym miała zamiar udać się do kasy, aby wydać pieniądze, których przeznaczenie było zgoła inne. Ale nic to, czytać coś musi, jeździć MPK nie, najwyżej na uczelnie będzie dochodzić, co też cudownie wpłynie na jej na razie przyszłą talię osy i jędrność pośladków. 
- Nie kupuj tego, nie masz kasy! - Aleksandra odłożyła powieść na regał z przewodnikami, co też symbolizowało jej zamiłowanie do porządku, ładu i harmonii. Spojrzawszy w niebieskie oczy koleżanki, dodała jękliwie: - Najpierw dwa tygodnie snujesz teorie spiskowe, co to za przystojniak, a jak przeznaczenie stawia ci go na drodze, to nie bierzesz losu we własne ręce, a udajesz, że nic się nie dzieje! - W ekscytacji huknęła dłonią o ladę, a kasjer przestał udawać, że zabawna scenka go nie obchodzi. - No co się patrzysz? - spytała pracownika Empiku, który według plakietki miał na imię Damian. - Nie widziałeś idiotki, która nie ma odwagi podejść do faceta jej życia?! To masz okazję!
Marta tymczasem zmieniała radośnie barwy od bladości po purpurę, zastanawiając się, gdzie u licha stoją encyklopedie, aby jakąs przypieprzyć w głowę swojej przyjaciółce. Tłumek osób żyjących ich życiem się powiększył o dwie chichoczące małolaty, z których jedna trzymała w dłoniach powieść Meyer. Impreza pewnie by się rozrosła jeszcze, gdyby z rogu, w którym siedział (według Oli) przyszły mąż Marty nie dobiegł ich podniesiony, damski głos, pytający inteligentnie, co też ciemny przystojniak robi w Empiku - no jakby nie widziała, że czyta... Niewysoka blondynka, mimo mikrej postury, wyglądała dość groźnie i co też zauważyła Marta, miała pod ręką dość opasłe słowniki, które w sumie nadałyby się do uciszenia Olki, która wydała z siebie wrogie pytanie "co to za lala?!", wskazujące stan między gotowością ratowania chłopaka z jej szponów, a chęcią zrobienia mu wykładu o stałości uczuć i wierności wobec jej przyjaciółki. Empik nie był duży, panienki zakochane w Edwardzie zachwycone rozróbą, a Marta korzystając z odwrócenia uwagi od jej osoby (a jednocześnie wiedząc, że Ola nie pozwoli jej i całej księgarni trwać w tym stanie za długo) wyszła ze sklepu. Ruda truchcikiem, machając rękami za nią. Ona do ruchomych schodów, Ola kręcąc głową z pobłażaniem też, ona ku wyjściu, koleżanka smętnie rozpoczęła kazanie, które to miało nawrócić ją na jedyną słuszną drogę śmiałości, odwagi i podrywów.

Pod koniec października już zmordowane nawałem nauki dziewczyny wybrały się do kina. Jedna stanęła w ogonku do kasy biletowej (Marta dzierżąca w dłoni dwie legitymacje i odliczone 34zł na bilety z ulgą studencką), druga nie mogła się zdecydować, czy cola ma być duża, czy mała, wziąć popcorn, czy Natchosy, a jeśli te drugie - sos serowy czy chilli. Ola nie była mistrzem dokonywania wyborów. Zmuszona zniecierpliwionymi pomrukami grupki nastolatków stojących za nią, kazała obsługującej ją dziewczynie dać co popadnie, sama zaczynając w wielkiej torbie szukać portfela, co też nie było zadaniem łatwym, a gdy w końcu z triumfującą miną go znalazła między plikiem notatek a zawartością kosmetyczki, której najwyraźniej zapomniała zasunąć, otwierając czerwoną portmonetkę, rozsypała wszystkie drobne. Zamiast więc płacić, kucnęła, a tłumek niezbyt przyjaźnie komentował jej poczyniania, na co ona się odszczeknęła, że jej to nie obchodzi, czy będą jedli popcorn, więc niech się zamkną. I w tym właśnie momencie podszedł do niej jakiś chłopak, przykucnął i zaczął szybko zbierać monety zwiedzające wyłożoną płytkami podłogę. Spojrzała na niego z wdzięcznością, ale zamiast podziękowania i firmowego uśmiechu, w którym prezentowała skutki dwuletniego noszenia aparatu na zębach i mycia ich po każdym posiłku, wykrzyczła zachwycona "to ty!", a uzyskawszy pogodną odpowiedź parodiującą jej ton "to ja!", spytała podejrzliwie, czy jest sam, czy z blond lalą. 
- Jestem z blond przystojniakiem - odrzekł zgodnie z prawdą, a na potwierdzenie słów wskazał stojącego nieopodal Karola, rozmawiającego przez telefon. - A my się znamy?
Ona natomiast odebrała całe swoje bogactwo z jego rąk, kazała mu czekać, zapłaciła za popcorn i dwie cole, jeden kubeczek wręczyła chłopakowi, bo zdecydowanie sama by sobie nie poradziła, a na widok zdumionej Marty, zamachała do niej pudełkiem z popcornem, znaczą część rozsypując. Spytała jeszcze Kuby, którego imienia w tamtej chwili jeszcze nie znała, czy idą na ten sam film, zerknęła na wyciągnięte w jej stronę bilety, rozkazała Karolowi, który właśnie podszedł i nie mógł się zbytnio zorientować w rozgrywanej scenie, aby sprawdził "u tamtej wysokiej, ładnej szatynki", w którym miejscu będą siedziały one i w kasie spróbować zmienić swoje miejscówki, bo film obejrzą razem. Chłopcy w równym stopniu co zdumieni tokiem wydarzeń, byli nim zaciekawieni i rozbawieni, natomiast Marta nie miała nic do gadania, z czego zdawała sobie sprawę, co nie przeszkadzało jej układać w głowie planu opieprzenia przyjaciółki po seansie. Wtedy też miała zamiar jej grozić, krzyczeć, gryźć, drapać, a nawet się rozpłakać ze wstydu.
Z zamiarów niewiele wyszło, gdyż trzy godziny później była bliższa całowania jej po rękach, bo Jakub był jeszcze cudowniejszy, niż sobie go wymyśliła w wyobrażeniach. Chłopak za to był wielce zaskoczony, gdy usłyszał od Oli, że właśnie Marcie półtora miesiąca wcześniej podarował bukiet kwiatów.
- I ty mnie poznałaś? - pytał, przeszkadzając oglądać film wszystkim w sali.
- Jeśli ty nas, a już szczególnie Marty nie, to się nie przyznawaj - odpowiedziała szeptem.
Nie zamierzał. Był na tyle rozsądny, by nie sprzeciwiać się Aleksandrze, która wyglądała na osobę noszącą w torebce kałasznikowa, albo chociaż młotek dla utwierdzania wszystkich we własnych racjach. Poza tym... Marta tak ślicznie się uśmiechała, gdy tylko na nią spojrzał, co było argumentem najsilniej przemawiającym do młodego chłopaka.

13:23, pesymistyczne
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2